Relacja Endorfiny z pierwszego triathlonu w Endostyle!

Endorfina na pierwszym triathlonie w życiu! Relacja z triathlonu w Endostyle

Fot.: Gosia Endorfina Zwierzyńska

3… 2… 1 i nadszedł traithlon w Endostyle! W poprzedniej części mogliście przeczytać, jak wyglądały przygotowania do triathlonu . Tym razem Endorfina zaprasza Was na szaloną relację z zawodów w Sierakowie!

Szalony tydzień przed zawodami

Był 25 maja. Pozostało 6 dni do startu. Moja lewa łydka nadal mnie nie kochała, ale chociaż już kapkę się lubiłyśmy. Mimo to postanowiłam pójść do fizjoterapeuty na masaż zwany mordęgą. Po tym rozbijaniu mięśni zalecono obowiązkowo 24h przerwy od sportu. Wcześniej były już 4 dni przerwy przez łydki. Coś tam robiłam, ale plan treningowy był modyfikowany z dnia na dzień. Umówmy się, forma nie rosła od braku treningów. Znaczy tak wszystko szybko robiłam, że życie codzienne było niezłym treningiem. Po chodnikach to pędziłam jak struś pędziwiatr. Niach! Niach! – kurzyło się za mną normalnie! Wszędzie byłam w niedoczasie. W pracy intensywnie, lekkie nadgodziny, a po pracy… jeszcze szybciej.

O niczym nie zapomnieć!

Lista

Fot.: Pixabay.com

Już od poniedziałku moje roztrzepanie sięgało zenitu, bo pytania w stylu "odebrałaś piankę z wypożyczalni?" wcale nie były głupie. Ba! Były bardzo pomocne. Mój "trener" nie zna mnie od wczoraj, więc ogarniał sytuację na spokojnie. Dostałam listę co zabrać, a o resztę miałam się nie martwić. Ja bym się chyba sama w tym pędzie nie ogarnęła. Jak to mówią, prawdziwych przyjaciół poznaje się biedzie. Jak to dobrze, że ja mam takich cudownych!

Problemy przed startem

Pasmom "niefartu" nie było końca. W poniedziałek zamówiłam top, który zmieści mi się pod piankę i pasek na numer. Zgodnie z planem miało dojść w czwartek. Wyjeżdżałam w piątek z samego rana, więc miało być idealnie. Oczywiście, coś musiało się sypnąć. Mój paczkomat był zapchany i kurier nie mógł zostawić mojej paczki w zaplanowanym terminie, więc w dniu wyjazdu próbowałam ją znaleźć. Pani musiała mnie kochać rano jak mówiłam "proszę Pani ja to muszę mieć – już", a była 7 rano! Udało się! Odebrałam ją na drugim końcu Warszawy i ruszyliśmy w drogę. Pogodę w internecie odświeżałam dwa razy dziennie i nieustannie pokazywała, ze 30 maja w dniu startu pada i wieje. No cudownie! Matko jedyna, coś jeszcze? Owszem, jak zawsze. W noc przed startem dostałam okresu. Zwykła rzecz, ale to nie było w planach! No-spa stała się moim obiektem westchnień. Dramat! Trudno się mówi, nie mam na to wpływu. Czekała mnie walka z zawodami i z własnym organizmem.

Jak wyglądały zawody od A do Z

Do Sierakowa przyjechaliśmy koło 14:00 w piątek, a start był w sobotę z rana. Od razu, na wejściu widać, że to drogi sport. Już po samych samochodach jest to widoczne, o rowerach nie wspominając. Moje auto jest tańsze od niektórych tych dwukołowych cudaczków! Wysiadam i zastanawiam się: Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Odkąd tylko przyjechaliśmy czułam się jak dziecko we mgle. Dosłownie! Gdyby nie dobry duch, który był ze mną zapewne przejechał by mnie samochód, nie ogarnęłabym nawet godziny startu, o strefie zmian nie wspominając! Ostatnio dostałam zakaz jeżdżenia na zawody sama. Matko! Jaka to jest dobra rada. Szczególnie jak to twoje pierwsze zawody. No ale trzeba było się ogarniać, w tym stresie przed nieznanym.

Tajemnice triathlonowych zawodów

Endorfina na połówce triathlonowej

Fot.: Gosia Endorfina Zwierzyńska

Dzień przed startem zostawiasz już rower w strefie zmian. O 18 jest odprawa. Tyle wiedziałam. Niestety mój poziom stresu powoli blokował szare komórki i logiczne myślenie. Nie chcielibyście mnie wtedy oglądać. Moje osobiste wsparcie miało ze mnie niezły ubaw. Patrzę na innych i większość ma takie sprzęty, że to wygląda jak statki kosmiczne. Jakoś wszyscy dziwnie wyluzowani. Tylko ja nie. Zaczęliśmy się ogarniać. Pakiet odebrany. Rower odstawiony do strefy zmian. Powoli rysował się obrazek, jak to będzie jutro. Poszliśmy zobaczyć jezioro, żeby się oswoić. Nagle poczułam skręcenie kiszek. Jakbym pierwszy raz jezioro na oczy widziała! Nie mogłam sobie wyobrazić tej części zawodów. Jakoś woda zaczęła mnie przerażać, a ja naprawdę lubię pływać. O 18:00 odprawa, gdzie wszyscy są radośni, śmieją się i gadają. Tylko ja siedzę spięta jak kołek, jakbym chińskiego słuchała! Wyszłam i chciałam jak najszybciej znaleźć się poza strefą zawodów. W ramach pasta party zjadłam pyszną lokalną pizzę i myślałam, że pójdę spać. Czekałam na to! Znaczy wiedziałam, że o wyspaniu się przy takim stresie mogę pomarzyć. Chciałam tylko spokoju! Ale nie!

Budzik

Fot.: Pixabay.com

Trenera kazał truchtać, a potem bawić się w kabaret pt. "strefa zmian". Musiałam biegać z rogu pokoju rozbierać się z pianki, przebierać i zapamiętać kolejność ruchów. O matko, obśmiałam się fest! Wreszcie trzeba było iść spać. Zbawienie! Ta jasne, ale nie ze mną! Zasypiam, śpię lekko, budzę się i myślę, ależ jestem czaderska obudziłam się przed budzikiem. Patrzę, a jest dopiero 4:16!… no to próbuje spać dalej. No cóż, nie szło. Po przewracałam się jeszcze i po 6 wstałam. Zaczęłam się ogarniać. Ja może tak, mój brzuch i nerwy NIE! Na dworze zimno, wieje jak nad morzem. Przydałaby się jeszcze piosenka "10 w skali Beauforta". Przyjeżdżamy na start, idę zostawić resztę rzeczy do strefy. Już myślę, ze wszystko leży jak trzeba, a zza płotu trener krzyczy: Gośka zostaw buty! Tak… ten uroczy stres. Dobra udało się, idę nad wodę już bez butów. Tam przebieram się w to coś, zwane pianką. Zimno jak siemasz! Wieje, grzywy na jeziorze. Temperatura nie sprzyja. Spotykam Marcina z TriWawa, który dzień wcześniej mówi, że Sieraków to fajne zawody na pierwszy raz pomimo, że trasa do łatwych nie należy. W dniu zawodów mówi, że pogoda nie jest fajna na debiut. Pocieszające, no na prawdę.

Pływanie na triathlonie

Triathlon Sieraków

Fot.: Facebook.com/TriathlonSieraków

Nie było odwrotu! Stres do kwadratu… Rusza pierwsza fala czerwonych czepków, potem następna i następna. Moje szare komórki zeżarte są przez stres, a oczy robią się szklane! Zwyczajnie, zaczynam się bać! Nie rejestruje tego, co się dzieje. Co ja robię?! To nie basen, ani nie letnie pływanie dla relaksu. Nadchodzi czas na moją grupę. 3,2,1 wybuch armaty i wbiegamy do wody. Zaczynam płynąć krytą żabką. Po 20 metrach orientuje się, że nie mogę złapać oddechu, zaczynam naturalnie płynąc odkrytą. Panika. Nie mogę oddychać! Stres mnie paraliżuje. Próbuje znów krytą żabką i się krztuszę. Fale wpływają mi do gardła. Myślę sobie, kończę zawody. Podniosę rękę i wychodzę. Nie dam rady. Płynę jeszcze odkryta i próbuje złapać rytm. W myślach zaczynam wizualizować metę, jak "trener" kazał. Po to tu jestem! Nagle kopie mnie jakiś pan. W tym momencie włączyła mi się funkcja "FIGHT". Głowa zaczyna zmieniać kierunek myślenia. Cholera! Nie po to tu przyjechałam, żeby potaplać się 5 minut w wodzie. Walczę! Zaczynam łapać rytm. Płynę krytą żabką. Wyprzedzam jedną panią, drugą i tak już do końca. Wychodzę z wody po 22 minutach i 28 sekundach (co jest moim rekordem na tym dystansie - 950 m) i przede mną ten cholerny podbieg! Wedle wskazówkę trenera mam truchtać i zdejmować piankę w trakcie. Działam, nie ma czasu.

Pora na jazdę rowerem

Rowery na triathlonie Sieraków

Fot.: Facebook.com/TriathlonSieraków

Wbiegam na strefę zmian. W moim odczuciu robię wszystko tak, jak przećwiczyłam. Chcę łapać się za rower, a słyszę: "Gośka! Kask!". Szybko go zakładam i dzida do startu części rowerowej. Wsiadam na rower. Pierwszy kilometr z górki. Zaczynam jazdę. Patrzę na Garmina i zastanawiam się, czy się nie popsuł. Osiągam prędkości powyżej 30 km/h! Na treningach, jak pisałam to się nie udawało! Jadę! Wyprzedzam! Skupienie pełne. Nagle nauczyłam się przy górkach zmieniać przerzutki. Wcześniej twierdziłam, że to zbędne. A jednak, nie! Pierwsze kółko zleciało, sama nie wiem kiedy. Myślałam, że na drugim spuchne. Zaczynam drugie, pędzę. Znów wyprzedzam, wyprzedzają i mnie. Najważniejsze, że ja wyprzedzam samą siebie! Kończę 45 km w czasie 1 h i 29 minut! A w snach zakładałam 1:35, a realnie 1:40!

Część trzecia - bieganie

Endorfina na mecie

Fot.: Gosia Endorfina Zwierzyńska

Lecę odłożyć rower. Brzuch, pomimo wiadra No-spy odmawia posłuszeństwa. Moja kobiecość daje o sobie znać. Zaczynam biec. A tu, las, korzenie, podbiegi. No totalnie" nie mój klimat! Nagle słyszę "Endorfina! Dajesz to Twoja dyscyplina!". Nie wiem kim jesteś, ale to dało mi mega kopa! Przyspieszam! Niestety brzuch tak mnie boli, że zagryzam żeby. Jest ciężko. Garmin szaleje, a ja nie wiem jakim tempem biegnę. Wiem jedno, jest ono daleko od założonego! Miałam utrzymać 5 min/km. Nie udaje się niestety. Po pierwszym kółku, mój brzuch nie daje rady. Według mnie zwalniam, ale walczę. Zostają ostanie dwa kilometry. Patrzę na zegarek. Przeliczam czas od startu i wiem, że musiałabym zacząć iść, żeby NIE złamać 3h! Zasikam pięści tak boli mnie brzuch. Realnie obstawiałam 3:15! Biegnę dalej! Znów ten cholerny podbieg! Zęby zaciśnięte! Wreszcie widzę metę! Wbiegam i dostaje medal. Od razu spotykam Oswalda, a obok w strefie kibica Sandrę i mojego osobistego trenera, który z uśmiechem mówi: Gośka wiesz, że zrobiłaś to w 2h 55 min?! Ja mówię, że wiem! Choć w to nie wierzę. Zaczynają płynąc łzy…czuję przypływ szczęścia i tego żelaza, jaka jestem silna! Wiedziałam, że to zrobię. Nie wiedziałam tylko, ze zrobię to tak dobrze! Pokonałam samą siebie. Jestem sama sobą zaskoczona! Zabrakło mi wiary w siebie, ale teraz mam jej z zapasem :)  

Krótkie potriathlonowe podsumowanie

Wiecie, miałam nie polubić tego triathlonu… No cóż, nie wyszło :D

Na zakończenie kieruję OGROMNIASTE podziękowania do osoby, której zasadniczo nie lubię, w sumie tak samo jak ona mnie :D Tak czy siak, bez Ciebie to by się nie udało! Byłeś mega wsparciem, trenerskim, prywatnym i generalnie jakby wyjąć Cię z tej historii, to po prostu jej nie ma. Dziękuje, że mam takich pięciogwiazdkowych przyjaciół!  

Komentarze